Kiedy dzisiaj po raz kolejny powtórzył się obrazek znany mi od wielu miesięcy, że moja współlokatorka zerwała się rano do pracy (tak, wiem, dziś mamy sobotę; witaj państwowa służbo zdrowia), a jeszcze wczoraj oznajmiła mi, że ma ilość nadgodzin taką, którą spokojnie można by było potraktować jako drugi etat, zaniepokoiłam się. Gdy 11 listopada pojechała do Warszawy, szefowa też ją jednym telefonem na powrót ściągnęła do Wrocławia, tak, by jej podwładna mogła się w pracy zjawić w weekend. Obserwuję to, co się z dziewczyną dzieje od dłuższego czasu i widzę, że nie jest zbyt dobrze. Moja K. stała się rozdrażniona, schudła, zbladła, nie ma na nic czasu ani ochoty, narzeka na różne drobne, bo drobne (jeszcze?) dolegliwości – z plecami (wielogodzinna praca przed komputerem; ostatnio z tego powodu zakupiła sobie tzw. pajączek), z kolanami (naciera ketonalem, jakiś bolesny problem ze stawami się pojawił), z jelitami (odżywia się nieregularnie i szybko, byle czym, a od lat walczy ze schorzeniem jelit – upośledzeniem wchłanialności kosmków jelitowych – więc tryb pracy jej w zdrowieniu nie sprzyja). Bycie pod ciągłą presją czasu (“ogłoszono dla szpitala konkurs/przetarg! Trzeba zrobić zestawienia do czwartku!”) i stresem (brak pochwał z góry, za to ciągłe pretensje, że wciąż coś nie tak, że za wolno, że czegoś brakuje…) odbijają się też na psyche. A to wszystko za marne 200zł w ramach zadośćuczynienia za odebrane X weekendów, przy pensji brutto niewiele ponad 1500zł. Aha, umowa na czas określony, na zastępstwo. Bodajże już 3 raz z rzędu.
Strasznie mi jej żal. Pytanie jednak – czy warto tak się zajeżdżać? Wiem, że jej sytuacja rodzinna i finansowa nie pozwala na choćby miesiąc bez dopływu pieniędzy na konto, bo nie miałaby jak wyżyć, a obecna praca skutecznie blokuje możliwość poszukiwania czegoś innego, nie wspominając nawet o próbach umówienia się na rozmowę rekrutacyjną o stosownej godzinie. Tak więc z jednej strony rozumiem desperację, ale z drugiej… No właśnie, jakim kosztem?
Jakiś czas temu zaczęłam zadawać sobie podobne pytania i z wielkim hukiem i kwasem odstąpiłam od pełnienia funkcji lidera zespołu w A., znanej firmie sprzedaży bezpośredniej działającej w branży kosmetycznej. Z firmą jako konsultant jestem związana już dość długo, bo od 2007 roku. Jako, że miałam świetne wyniki i lubiłam tę pracę oraz produkty, które sprzedawałam, postanowiłam spróbować zrobić coś więcej – zbudować swój zespół konsultantów i w ten sposób stworzyć też sławetny dochód pasywny, o którym tyle rozpisuje się chociażby bardzo ostatnio w Polsce popularny Robert Kiyosaki (vide: http://www.sztukabiznesu.pl/). Słowem: “zwykły” MLM, gdzie dodatkowe profity czerpie się ze sprzedaży członków Twojej sieci. Ale, jak praktyka pokazała w przypadku firmy A., nie taki znów “zwykły”, bo panujące w nim zasady i atmosfera rywalizacji między osobami budującymi swoje grupy, bardziej przywodzi jednak na myśl zwykłą harówę na etacie, niż model “sam jesteś swoim szefem”.
W tym momencie chciałabym dokonać swoistego rozrachunku z tą formą prowadzenia biznesu i nieco obalić mit szybkiego zarobku i biznesu dla wszystkich, tym bardziej, że działałam w 2 tego typu firmach, mam więc doświadczenie, porównanie i ogląd sytuacji “od środka”. Oprócz współpracy z A., w której to firmie działam do dziś, zahaczyłam też o firmę H., zajmującą się sprzedażą kosmetyków i suplementów – branża wellness, promowanie zdrowego stylu życia itp. Szczerze, to z okresu współpracy z firmą H. mam same dobre wspomnienia (mimo że w sieci różnych się opinii naczytałam), prowadzili ciekawe szkolenia (mnie szczególnie interesowała u nich gałąź kosmetyczna, nie tyle dietetyka – żaden ze mnie dietetyk, chyba że dla siebie samej ;) ), ludzie byli sympatyczni i siebie wspierali, nie zaobserwowałam wyścigu szczurów. No i ich suplementy faktycznie są dobre i skuteczne (chociaż, co tu dużo kryć – paskudnie drogie) – w ramach odbudowania nadszarpniętego zdrowia po moim pobycie w szpitalu, sprawdziły się w 100% i w zasadzie od tamtego czasu nie miałam żadnych poważnych problemów ze zdrowiem, a i odporność wyraźnie poszła mi w górę – jedno przeziębienie w ciągu roku to dobry wynik ;) Jako, że na dorabianie w ramach działalności w H. mogłam poświęcić niewiele czasu, 2-4h dziennie, toteż i nie miałam jakichś zdumiewających wyników finansowych, ale jednak kilka stów w tygodniu potrafiło mi do kieszeni wpaść i tyle na moje potrzeby wystarczyło. Po pewnym czasie jednak praca kosmetyczki-doradczyni mnie znużyła, zaniechałam więc dalszej działalności. Tym bardziej, że doszły wysokie opłaty za wspólne utrzymanie naszego gabinetu (chyba 150zł miesięcznie od osoby, z tego, co pamiętam), więc w sumie przy moich kilkunastu godzinach tygodniowo, przestało mi się opłacać tam przychodzić i organizować konsultacje. Ale, ogółem – wrażenie H. pozostawiła raczej dobre, z kilkoma nieistotnymi dla odbioru całości zastrzeżeniami.
Do osoby odpowiedzialnej za rozwój sprzedaży firmy A. w okręgu wrocławskim zgłosiłam się sama, z chęcią przystąpienia do programu dla “bardziej ambitnych”. O ile w przypadku bycia konsultantem podpisywana jest umowa-licencja, o tyle w przypadku chęci czerpania zysków ze sprzedaży budowanego zespołu należy albo założyć własną działalność gospodarczą, albo podpisać umowę z firmą pośrednictwa pracy, z którą współpracuje A., co wiąże się z tym, że firma ta zabiera pewien % wypracowanego przez Ciebie obrotu (i to niemały – 1/3 zysku). Wybrałam drugą opcję, nie czułam się bowiem na siłach startować od razu z działalnością gospodarczą – poza tym, zerowa pewność, że mi się powiedzie, wolałam więc spróbować i zobaczyć, czy mi się uda i spodoba.
Na początku byłam bardzo zdeterminowana i osiągałam świetne wyniki. W ciągu pół roku zbudowałam zespół ok. 40 konsultantów, w tym miałam jednego takiego jak ja lidera, który postanowił zbudować swoją sieć. Pracowałam w tym czasie też w jednym z wrocławskich supermarketów na pół etatu, ale zyski z samej mej aktywności w A. starczyły mi na pokrycie podstawowych kosztów życia, rachunków, nawet coś udało mi się odłożyć. W zależności od miesiąca potrafiłam wyciągnąć od 900zł do nawet 2000zł (święta!). To mnie nakręcało jeszcze bardziej. Moja manager była zachwycona (no bo jak ja mam duże korzyści, to ona jeszcze większe), w kolejnych kampaniach sprzedażowych zgarniałam pochwały i nagrody za realizację celów (iPod, ramki elektroniczne, lokówki, prostownice, torby, biżuteria, dyplomy, odznaczenia, premie, zaproszenia na bankiety – normalnie VIP). W pewnym momencie stałam się osobą, która przynosiła najwięcej nowych umów na kolejnych konsultantów (był okres, gdy za każdą nową duszyczkę A. płaciło bonus 50zł) – w listopadzie 2009 było tych umów z mojej strony 14.
Wszystko byłoby pewnie dalej tak piękne, a ja nadal zmotywowana, gdyby nie fatalna moim zdaniem polityka zarządzania w A. Widząc, że trafiła im się osoba doskonale sobie radząca i przynosząca intratne korzyści, postanowili zastosować wobec mnie (i przypuszczam, że ogółem z każdym wyróżniającym się tak robią) strategię “cytrynki” – wycisnąć, ile się da. Gdy w kolejnym miesiącu przyniosłam 9 umów, usłyszałam “Czemu tak mało? Przecież Ciebie stać na więcej”; dla porównania, inni liderzy z okręgu przynosili tych umów po 3-4. Kiedy mój cel sprzedażowy został ledwie osiągnięty (chyba nie muszę mówić, że z kampanii na kampanię poprzeczka szła w górę?), również słyszałam wyrzuty, że mogło być lepiej, itd., itp. Nie lubię takich zagrywek; śmierdzące NLP – tyle, że moja manager nie wiedziała, że ze mnie dusza przewrotna i wywoływaniem poczucia winy u mnie nic nie zyska, a wręcz przyniesie to w moim przypadku skutek odwrotny. I tak się stało – zaczęłam robić na złość i przestałam się wysilać, w końcu i tak nigdy nie byli zadowoleni, to po co się ścierać… Wtedy rozpętała się wojenka. Przerażono się, że mogą mnie stracić, dlatego zaczęto mnie i mój zespół kontrolować. Telefony i SMSy o absurdalnych godzinach, bywało, że kilkanaście razy w ciągu dnia (po 22, czasem koło północy; często koło 6 rano): bo niedługo mamy deadline na katalog, że trzeba podbić sprzedaż, że do piątku wieczór mam wysłać raport, z którymi moimi podopiecznymi się skontaktowałam i NAKŁANIAŁAM do zrobienia zakupów (co, mam je pod ścianą postawić i grozić, że na siłę mają złożyć zamówienie?), zestawienie ogólne, ile osób mi się zadeklarowało, że zrobi zakup i na jaką kwotę (sic!). Paranoja. Gdy zaczęłam wysyłać dla świętego spokoju fikcyjne raporty, które nie odzwierciedlały faktycznej sprzedaży (w końcu połączenia kosztują, nie będę tracić na taką “terrorystyczną” działalność kasy, zwłaszcza, że musiałabym kontaktować się nie z jedną czy trzema osobami, ale z kilkudziesięcioma) zaczęto mnie nagabywać, aby dla większej skuteczności zacząć ODWIEDZAĆ moich konsultantów i z nimi porozmawiać. Olałam, przecież nie będę robić z siebie świadka Jehowy i pukać od drzwi do drzwi, sama zresztą nie lubię, gdy mnie ktoś bez zapowiedzi i niespodzianie nawiedza i truje dupę. Ponadto nie szanowano mojego czasu; potrafiłam dostać telefon we wtorek z rozkazem, by dnia następnego stawić się dajmy na to w Magnolii w południe, bo jest stoisko firmy i promocja i ktoś tam musi być. Nikt nie pytał, czy nie mam w tym czasie przypadkiem zajęć na uczelni czy innych planów. Stanowczo odmawiałam, a gdy mi marudzono i mówiono “i tak ciebie zapiszę, najwyżej się spóźnisz”, najzwyklej w świecie miałam to gdzieś i nie przychodziłam. Miarka się przebrała, gdy manager zaczęła wydzwaniać do osób z MOJEGO zespołu i za moimi plecami je męczyć o składanie regularnych zamówień. Jedna z moich dziewczyn była na tyle przytomna, że zadzwoniła do mnie i się zapytała, co to za baba do niej dzwoni i o co chodzi, moja wściekłość nie miała granic – kazałam swoim ludziom nie odbierać telefonu, gdy widzą ten jeden, konkretny numer na wyświetlaczu… A za współpracę jako lider podziękowałam, chociaż jeszcze przez 3 miesiące mnie męczono, bym przedłużyła umowę na kolejny rok. Wiadomość, że znalazłam sobie coś innego i mnie to już nie interesuje i żeby dano mi spokój, skutecznie ucięła temat.
Swój sukces zbudowałam nie na zmuszaniu i kontrolowaniu, ale właśnie na dawaniu wolnej ręki, zrozumieniu, służeniu radą. Tak samo w stosunku do klientek – kiedy wiedziałam, że jakiś produkt jest bublem, nie promowałam go, otwarcie odradzałam, nie starałam się go “upchać” za wszelką cenę. Zawsze przedstawiałam wady i zalety, dzięki temu stałam się w oczach klientów wiarygodna, a oni obdarzyli mnie zaufaniem. Widocznie mój sposób pracy nie pasuje do atmosfery i wytycznych “organizacji”, która, gdy tak sobie to analizuję, stosuje metody typowe dla sekty.
Podsumowując moje rozważania, doszłam na podstawie własnych doświadczeń do następujących wniosków, których nikt głośno nie powie na spotkaniach rekrutacyjnych do jakiejkolwiek firmy działającej w MLM:
>> MLM nie gwarantuje w żadnym wypadku szybkich zysków i znacznego wzbogacenia się – jeśli ktoś o tym zapewnia, to spokojnie można takie obiecanki między bajki włożyć. Wszystko opiera się na determinacji i ciężkiej pracy danej osoby. Gdy masz wolne 8 godzin tygodniowo i chcesz je przeznaczyć na zajęcie dodatkowe, nie staniesz się w rok milionerem. Mój początkowy sukces w A. zapewniło mi regularne, cotygodniowe wrzucanie ogłoszeń o rekrutacji na kilkadziesiąt portali ogłoszeniowych w internecie + ogłoszeń w prasie (prasowe, jak wiadomo, darmowe nie są), co pożerało mi sporo czasu, do tego naprodukowanie się niezliczonej ilości ulotek i plakacików ze zrywkami (a papier, taśmy klejące i czas na wycinanie tego wszystkiego, a następnie rozwieszenie w mieście – też kosztują – nieraz szykowałam je po nocach, bo tylko wtedy grafik mi pozwalał), zostawianie nadmiarowych katalogów z kontaktem i wkładką o możliwości nawiązania współpracy w różnych przypadkowych miejscach, typu urzędy pocztowe, siłownie, kawiarnie… Bez tych działań nie osiągnie się nic – a trzeba to robić CIĄGLE, by były jakieś efekty, jednorazowe akcje gówno dają. Tak więc może i jesteś swoim własnym szefem – ale tak naprawdę ciągle jesteś w pracy. Chyba nie muszę pisać, jak bardzo nieustanne rozmyślanie o tym, że “muszę mieć nowego konsultanta, w tym tygodniu założyłam sobie X podpisanych umów” potrafi być męczące i eksploatujące?
>> Jak wspomniałam – to nie jest praca dla każdego. Osoby lubiące spontaniczność i brak odgórnych ram działania się tu pogubią, zamęczą. Tak samo osoby mało rozmowne, mało przebojowe, spokojne – rzadko kto potrafi się przełamać i wyrwać z bycia nieśmiałym, stać się w okamgnieniu gadatliwą i pewną siebie osobą – a charyzma i komunikatywność, wiara we własne siły to cechy w MLM niezbędne, by zrobić (i zarobić) w ramach tego biznesu coś sensownego. Śmiem nawet twierdzić, że Ci, którzy w normalnej pracy etatowej są agresywni, lubią być po presją, kochają wyzwania i wyścig szczurów ich nie przeraża, bo sami dążą po trupach do celu, tutaj odnajdą się bardzo szybko.
>> Wiele firm na start wymaga wykupienia razem z licencją specjalnego pakietu produktów (w przypadku H., koszt 800zł – mnie się zwróciło szybko, ale nie każdemu musi… Z kolei zapis do A. akurat jest darmowy.), bez tego ani rusz.
>> Tyle się mówi o rozbudowywaniu sieci i generowaniu przychodów w postępie geometrycznym, mało jednak kto raczy zwrócić uwagę, że ta sieć nie jest wieczna – że ludzie nie tylko do niej przychodzą, ale też z różnych powodów z niej odchodzą. Z tego też względu tzw. dochód pasywny (kiedy inni “robią” na Ciebie, Twoja sieć generuje zyski bez Twojego udziału) również jest jedynie częściowy, iluzoryczny – bo Ty non-stop musisz dbać o kondycję Twojego zespołu, szukać nowych członków w miejsce starych, którzy Twoją sieć opuścili. W przeciwnym razie, ta sieć się kiedyś skurczy, rozpadnie, a z Twojego “dochodu pasywnego” pozostanie jeno słodkie wspomnienie…
>> Większość ludzi działających w MLM, a już w szczególności osoby dopiero rozpoczynające swoją przygodę z marketingiem wielopoziomowym, “płotki”, a nie “grube ryby”, tj. “dziane ryby” (które znajdują się na samych szczytach sieci), nie ma swojej działalności w żaden sposób prawnie uregulowanej. Wykup licencji nie równa się przecież założeniu działalności gospodarczej, w tym celu trzeba pobiegać samemu po urzędach, by wszystko było cacy i legalnie… Brak odprowadzanych podatków, brak składek ZUS = niepewna przyszłość i rozwiązanie chwilowo satysfakcjonujące (o ile w ogóle ma się faktycznie z niego zyski…).
Tyle moich przemyśleń… Może komuś się one przydadzą, jeśli zastanawia się właśnie nad przystąpieniem do jakiegoś biznesu firmy marketingu wielopoziomowego i nie wie, czy to rozwiązanie stworzone dla niego. Ja wiem, że to raczej nie dla mnie – sprawdziłam się, osiągnęłam sensowne wyniki, ale na dłuższą metę, dosyć – chcę mieć czas dla rodziny, przyjaciół i na inne przyjemności, nie czuć się jak niewolnik produktu i “sieci” ;)
Na zakończenie “humorystyczny” obrazek… Wniosek jeden: nie dajmy się zwariować!
