Bose przemyślenia

Wojciech Cejrowski po swoim filmie z serii “Wojciech Cejrowski Boso” o buddyzmie wywołał falę protestów wśród polskich buddystów. Z ust dziennikarza-podróżnika padły słowa, że buddyzm to religia okultystyczna, że kapłani, pfu! mnisi (splunięcie oryginalnie zacytowane) nie potrafią wielu aspektów swej wiary racjonalnie uzasadnić (inna sprawa, że w moim odczuciu racjonalne udowadnianie czegokolwiek w religii to oksymoron), że to religia bez boga, więc po co się jej wyznawcy modlą, że biali ludzie, którzy przyszli tam pomedytować, to “głupie ludzie”, oddające cześć bałwanom i demonom. Świadczy to tylko o powracającym jak bumerang problemie, o którym pisałam już w swojej wcześniejszej notce Wyłączność na prawdę.

Autorytety moralno-medialne, psia ich mać. Czy do tych zakutych i zaściankowych umysłów nie dociera, że WIARA nie równa się PEWNOŚĆ?

Po ateistycznemu nadal uparcie wierzę, że najważniejsze w życiu jest bycie dobrym, spełnionym i szczęśliwym człowiekiem, że to czyny i nasz stosunek do bliźnich świadczą naprawdę o wartości człowieka, a nie natchnione słowa, a dodatek systemu religijnego to… Dodatek. Z którym można iść przez życie, ale bez którego równie dobrze można się obejść. Jak często religia, z której ma ponoć dobro wynikać, staje się zarzewiem konfliktu, niejednokrotnie krwawego? Źródłem słów i czynów pełnych nienawiści i opacznie rozumianej tolerancji?

Za często.

Niebezpieczeństwo, które tkwi w każdej religii, polega na tym, że każda z nich uważa siebie za tę jedyną, prawdziwą, cała reszta to systemy fałszywe. Przy takim podejściu, nigdy nie dojdzie do porozumienia – nawet się go nie spodziewam. Ekumenizm to utopia. Bo za gestami pojednania czai się nędzne poczucie wyższości.

Dziecko prekariatu

Czuję się ofiarą zasilającą rosnącą w każdej sekundzie grupę prekariatu (vide artykuł z Polityki).

Po odbyciu stażu (trzymiesięcznego, 1000zł miesięcznie wypłacała uczelnia, korzystając ze środków unijnych, sama firma nie wyłożyła ani grosza) w dużej, chyba najbardziej znanej z produkcji laptopów i drukarek korporacji, pozostałam przez miesiąc bezrobotną. Potem jednak ponownie się do mnie zgłoszono z propozycją-prośbą powrotu na miesiąc, w oparciu o umowę-zlecenie (2000zł na rękę), bo dużo roboty, mało rąk do pracy. “Co dalej, zobaczymy”. Wzięłam i po miesiącu ponownie “się zobaczyło” – pozostałam z niczym. Umowy nie przedłużono, mimo pochwał. Nawet nie było oficjalnych podziękowań, jeno przy zdawaniu karty obiegowej i identyfikatora w recepcji, kierownik pofatygował się, by zejść i mi co trzeba podpisać – “no, to dzięki za współpracę”. Brakowało tam jeszcze tylko żarliwego “a teraz pocałuj nas w dupę i won.”

Aaa, tak, zaproponowano mi tam pracę, w międzyczasie (tak się złożyło, że odbywając staż, wysłałam CV na inne stanowisko w tej firmie). Jednak skontaktowano się w związku z innym stanowiskiem,  nie tym, na jakie aplikowałam. Praca, w stosunku do tej, którą wykonywałam na stażu, stanowiła krok, jeśli nie więcej, w tył i była tak banalna i NUDNA (no i płaca bez rewelacji – 1600zł netto na pełnym etacie), że delikatnie zasugerowałam, czy nie mają czegoś odpowiedniego do moich kwalifikacji, bym mogła rozwijać swoje umiejętności. Bo tam po kilku tygodniach by mnie szlag trafił (tego oczywiście nie powiedziałam). Kazano mi z zauważalnym fochem jeszcze raz podesłać aktualne CV. To było w połowie stycznia. Mija miesiąc i nie łudzę się, by nagle miał zadzwonić telefon.

Co pójdę do różnych innych firm na rozmowę kwalifikacyjną na interesujące mnie stanowisko, wszystko jest cacy, ale wystarczy, że dobijemy do punktu pt. “studia dzienne”, bym już nigdy nie miała otrzymać  feedbacka odnośnie ewentualnych postępów/zastojów w mojej rekrutacji. Bullshit. Absolwent też nie ma różowo, bo w wymaganiach nieraz stoi kilkuletnie doświadczenie. Ale jak je zdobyć, skoro studenci są tak opornie i niechętnie zatrudniani, choćby na głupie pół etatu?

Sytuacja na luty wygląda tak, że na umowę-zlecenie tłumaczę z polskiego na niemiecki portal internetowy, więc jakieś drobniaki mi konto zasilą (uff, będę miała na rachunki). W planie powrót do udzielania korepetycji. Jednak marzec i kolejne miesiące to jeden wielki finansowy znak zapytania.

Przed paroma dniami kuzynka podzieliła się ze mną “radosną” nowiną, że po powrocie z urlopu macierzyńskiego, wręczono jej wypowiedzenie. Zajmowała stanowisko kierownicze, wszyscy byli z niej zadowoleni, osiągała doskonałe wyniki. Pracowała tam ponad 3 lata. Co z tego… Szok, ale i szybka decyzja – wyjazd do Irlandii. Na dłużej, pobyt liczony na okres 3-5 lat. Może na zawsze. Synek musi mieć normalne dzieciństwo. “W tym kraju nie ma perspektyw”.

Branża informatyczna niby mimo kryzysu się prężnie rozwija, zarobki informatyków nadal należą do najwyższych w kraju, jednak brat (programista C#/C++) w rozmowie ze mną wyżalił się, że w 2012 nie przewidują u niego w firmie podwyżek. Mój boy z kolei po skończeniu umowy na okres próbny w innej firmie w rozmowie z zarządem dowiedział się, że nie są przekonani, czy posiada on aby na pewno odpowiednie kompetencje do dalszego zajmowania stanowiska, na jakie go wyrekrutowano (spec od Javy z seniorem w nazwie – ciekawe, że na początku w CV nie dostrzegli żadnych “niedostatków”).  Degradacja oczywiście bezpośrednio wiąże się z tym, że dostanie on na umowie na czas nieokreślony nie Xtys. zł więcej, ale tylko 300zł. Na prośbę o wskazanie, kiedy wykazał się brakiem kompetencji, niedostatecznymi umiejętnościami, niskimi kwalifikacjami, popełnieniem jakiś błędów, itd., itp., zarząd zbaraniał i z rozbrajającą szczerością przyznał, że o tym porozmawiają kiedy indziej, bo zarząd w gruncie rzeczy nie zna zakresu obowiązków na seniorskie stanowisko. Brak słów. Swoją drogą – mamy 11.02.12r., a oni z nim nadal umowy nie podpisali.

Na dokładkę dobija wizja zbliżającego się wielkimi krokami ćwierćwiecza. 25 lat na karku, zero stałych dochodów, życie od pierwszego do pierwszego. Zaawansowana znajomość 2 języków obcych, 2 w stopniu podstawowym. Dwa kierunki studiów. Na cholerę.

Idę po piwo, mam zły nastrój.

Lincz

Sprawą śmierci półrocznej Magdy z Sosnowca żyje od dłuższego czasu cała Polska. Póki smutna prawda o wyimaginowanym porwaniu nie wyszła na jaw, rodacy w gorących słowach zapewniali o niesieniu pomocy i wyrazach współczucia dla matki niemowlęcia, Katarzyny W. Do tego momentu w mediach zwanej “mamą Magdy” i “Kasią”. Młoda matka pękła, przyznała się do winy nieumyślnego spowodowania śmierci dziecka, do wymyślenia całej historii uprowadzenia dziewczynki, co wystarczyło, by nastawienia społeczne się odwróciły. Już nie mamy do czynienia z nieszczęśliwą młodą matką – już mamy do czynienia z dzieciobójczynią. Nie z ofiarą, lecz z katem. Szmatą, kurwą, suką i morderczynią, jak to miłosierni rodacy teraz ją określają. Wyrok zapadł.

W końcu nie wytrzymałam i musiałam dorzucić swoje trzy grosze na fejsbukowej stronie gazety.pl

“Jakże łatwo w tym podobno w większości katolickim kraju rzucać ludziom sukami, zdzirami i szmatami. Jeszcze trochę, a dojdzie do samosądu przez ukamienowanie! Sędziowie i specjaliści od wyroków się znaleźli. Opamiętajcie się. Nie bronię postępowania matki, po wypadku, jeśli faktycznie to był wypadek (bo po całym zdarzeniu trudno uwierzyć choćby w jednio słowo, które pada z ust tej kobiety), powinna zadzwonić na pogotowie. Ale może jej psychika jest naprawdę pokręcona i szok był zbyt duży? Z pewnością nie nam to oceniać, telewidzom i czytelnikom porannych gazet, którzy wiemy i widzimy tylko tyle, na ile nam pozwolą media. A informacje z nich płynące nieraz były sprzeczne.”

Fala poszła – na FB pojawiło się zdjęcie-apel, masowo udostępniane na portalu, o petycji w sprawie wymierzenia matce Magdy najsurowszej w Polsce kary – dożywocia, ponieważ, pozwolę sobie zacytować “nie bądźmy obojętni i nie pozwólmy, żeby tak bestialskie czyny uchodziły płazem ludziom, którzy nie potrafią zadbać o dobro własnego dziecka (…) Pozbawienie życia tak niewinnej istotki jak Madzia powinno podlegać najwyższemu wymiarowi kary!”.

Powtórzę – pożal się Boże, specjaliści od prawa i sprawiedliwości.
Okoliczności śmierci dziecka wciąż nie są ustalone, ale lud chóralnie orzekł, że śledztwa nie trzeba, bo było to morderstwo – z premedytacją.
Że zapewne ojciec dziecka maczał w tym palce, bo jego zeznania odbiegają od zeznań żony – poza tym interesował się wampirami, wilkołakami, ma zdjęcie ślubne z karabinem i jeździ obecnie na zebrania kółka rycerskiego, napierdalając się z innymi członkami plastikowymi mieczykami z XIII wieku.
Że “ja od początku wiedziałem, że matka coś ukrywa i że tak to się skończy” (ponad połowa błyskotliwych wypowiedzi w internecie).
Nawet wiek matki świadczyć ma na jej niekorzyść o tym, iż jest ona winnym całego zajścia potworem bez uczuć.

Pytanie zasadnicze – czy ludzie oszaleli? A gdzie się podziała miłość bliźniego, miłosierdzie? Nie sądźcie, byście nie byli sądzeni i inne górnolotnie brzmiące pierdy, które pamiętam z zamierzchłych czasów, gdy zdarzało mi się jeszcze trafiać do kościoła?

Jedyną pewną w tym całym bajzlu rzeczą jest fakt, że bezdyskusyjna wina matki leży w braku powiadomienia o wypadku pogotowia i odstawieniu teatru z apelami o oddanie porwanego bobasa, narażeniu służb i państwa na koszty poszukiwań. I póki co, tyle.

I druga sprawa, nad którą należy się pochylić i zadumać – kwestia poruszona przez filozofa religii, prof. Zbigniew Mikołejko w wywiadzie udzielonym dla polskatimes.pl:

“Kasia jest dzieckiem wpisanym w niewolniczy dyskurs, który uznała za własny. Nie było w jej życiu sublimacji w postaci pracy czy twórczości. Bezrobotna, 21-letnia niewykształcona z wózkiem, zamknięta w domu. I jeszcze ten jej dziecinny mąż z bractwa rycerskiego. (…)  Najsilniej zakorzeniona jest w nas wola ocalenia siebie. W Polsce matka z tego opisu jest wyłączona. To fatum w wydaniu patriarchalno-katolickiego języka absolutnego poświęcenia, także matki wobec dziecka. (…) Jak powiedział Jezus o faryzeuszach, którzy są jak pobielane groby – z zewnątrz śliczne i białe, a w środku zgnilizna. Kasia rozdarła obrazek “normalnej katolickiej rodziny”, zamieniając się w “wyrodną matkę” . Tymczasem przemoc zdarza się wszędzie. (…) Społeczeństwo posługuje się infantylnym obrazem, który uważa za dojrzały. Tak myśląca zbiorowość, choć biologicznie dojrzała, psychicznie, społecznie i kulturowo jest niedorosła. Zamiast świadomego życia i macierzyństwa chce mieć święty obrazek i za wszelką cenę podtrzymać jego fikcje. Kasia od dziecka była chowana do narzuconej roli. Życie takich kobiet sprowadza się do plotek i rozmów o pieluszkach. Są jak mechaniczne lalki. Rządzi poetyka dziecinnego pokoju nazywanego przez nie macierzyństwem, którym wcale nie jest. (…) Nasze prawo jest liberalniejsze niż społeczeństwo. No i ten wymowny język biblijny w apelu o zwrócenie dziecka: “Wybawimy cię od kary”. (…) To pokazanie bezradności społeczeństwa. Przeciętny Polak dysponuje kalekim językiem kościelnym lub tym z seriali do opisu realnego świata.”

Face addicted

Facebook powoli staje się naprawdę jedną wielką bazą danych o internautach z całego świata. Jakież wczoraj było moje zdziwienie, gdy po wejściu na serwis wyskoczyło mi okienko o zmianie wyglądu mojego profilu i nowych funkcjonalnościach, w tym o wprowadzeniu osi czasu (można łatwo przeglądać swoją aktywność od momentu zarejestrowania użytkownika na portalu – ha, jestem na FB już od 17 kwietnia 2008, jak się dowiedziałam z kalendarium…). Póki co, chyba tylko ograniczona liczba userów dostała możliwość testowania nowego “fejsa”, bo rozmawiałam ze znajomymi i im coś takiego się jeszcze nie ustawiło.

Mniejsza o to, jak to się od strony estetyki, przejrzystości i intuicyjnego poruszania po portalu prezentuje, bo nie to wprowadziło mnie w stan szoku permanentnego; otóż obok standardowych opcji edycji podstawowych danych o użytkowniku, dodano menu “Wydarzenia z życia”, a w środku kilka podkategorii i typów wydarzeń do ustawienia… Poniżej lista.

Podkategoria “Praca i edukacja”:

  • Nowa praca…
  • Emerytura…
  • Nowa szkoła…
  • Studia zagraniczne…
  • Wolontariat…
  • Służba wojskowa…
  • Inne wydarzenie z życia…

Podkategoria “Rodzina i związki”:

  • Pierwsze spotkanie…
  • Nowy związek…
  • Zaręczyny…
  • Małżeństwo…
  • Nowe dziecko…
  • Nowy członek rodziny…
  • Nowy zwierzak…
  • Zakończenie związku…
  • Utrata ukochanej osoby…
  • Inne wydarzenie z życia…

Podkategoria “Dom i życie”:

  • Przeprowadzka…
  • Kupno mieszkania…
  • Remont…
  • Nowy współlokator…
  • Nowy pojazd…
  • Inne wydarzenie z życia…

Podkategoria “Zdrowie i samopoczucie”:

  • Nowy sposób odżywania…
  • Utrata wagi…
  • Okulary, szkła kontaktowe i inne…
  • Złamanie kości…
  • Pokonanie choroby…
  • Wyjście z nałogu…
  • Inne wydarzenie z życia…
Podkategoria “Podróże i doświadczenia”:
  • Nowe hobby…
  • Nowy instrument…
  • Nowy język…
  • Tatuaż lub kolczyk…
  • Nowe uprawnienie…
  • Podróż…
  • Osiągnięcie lub nagroda…
  • Zmiana poglądów…
  • Pierwsze słowo, pocałunek itp…
  • Nowy sport…
  • Inne wydarzenie z życia…
Już widzę te rzesze internautów, którzy bezmyślnie, skwapliwie i dokładnie uzupełniają wszystkie te informacje… Istny big brother, w pełni za przyzwoleniem “obserwowanego”. Samospełniająca się przepowiednia?

Kobieta “bogata” złapana w “sieć”

Kiedy dzisiaj po raz kolejny powtórzył się obrazek znany mi od wielu miesięcy, że moja współlokatorka zerwała się rano do pracy (tak, wiem, dziś mamy sobotę; witaj państwowa służbo zdrowia), a jeszcze wczoraj oznajmiła mi, że ma ilość nadgodzin taką, którą spokojnie można by było potraktować jako drugi etat, zaniepokoiłam się. Gdy 11 listopada pojechała do Warszawy, szefowa też ją jednym telefonem na powrót ściągnęła do Wrocławia, tak, by jej podwładna mogła się w pracy zjawić w weekend. Obserwuję to, co się z dziewczyną dzieje od dłuższego czasu i widzę, że nie jest zbyt dobrze. Moja K. stała się rozdrażniona, schudła, zbladła, nie ma na nic czasu ani ochoty, narzeka na różne drobne, bo drobne (jeszcze?) dolegliwości – z plecami (wielogodzinna praca przed komputerem; ostatnio z tego powodu zakupiła sobie tzw. pajączek), z kolanami (naciera ketonalem, jakiś bolesny problem ze stawami się pojawił), z jelitami (odżywia się nieregularnie i szybko, byle czym, a od lat walczy ze schorzeniem jelit – upośledzeniem wchłanialności kosmków jelitowych – więc tryb pracy jej w zdrowieniu nie sprzyja). Bycie pod ciągłą presją czasu (“ogłoszono dla szpitala konkurs/przetarg! Trzeba zrobić zestawienia do czwartku!”) i stresem (brak pochwał z góry, za to ciągłe pretensje, że wciąż coś nie tak, że za wolno, że czegoś brakuje…) odbijają się też na psyche. A to wszystko za marne 200zł w ramach zadośćuczynienia za odebrane X weekendów, przy pensji brutto niewiele ponad 1500zł. Aha, umowa na czas określony, na zastępstwo. Bodajże już 3 raz z rzędu.

Strasznie mi jej żal. Pytanie jednak – czy warto tak się zajeżdżać? Wiem, że jej sytuacja rodzinna i finansowa nie pozwala na choćby miesiąc bez dopływu pieniędzy na konto, bo nie miałaby jak wyżyć, a obecna praca skutecznie blokuje możliwość poszukiwania czegoś innego, nie wspominając nawet o próbach umówienia się na rozmowę rekrutacyjną o stosownej godzinie. Tak więc z jednej strony rozumiem desperację, ale z drugiej… No właśnie, jakim kosztem?

Jakiś czas temu zaczęłam zadawać sobie podobne pytania i z wielkim hukiem i kwasem odstąpiłam od pełnienia funkcji lidera zespołu w A., znanej firmie sprzedaży bezpośredniej działającej w branży kosmetycznej. Z firmą jako konsultant jestem związana już dość długo, bo od 2007 roku. Jako, że miałam świetne wyniki i lubiłam tę pracę oraz produkty, które sprzedawałam, postanowiłam spróbować zrobić coś więcej – zbudować swój zespół konsultantów i w ten sposób stworzyć też sławetny dochód pasywny, o którym tyle rozpisuje się chociażby bardzo ostatnio w Polsce popularny Robert Kiyosaki (vide: http://www.sztukabiznesu.pl/). Słowem: “zwykły” MLM, gdzie dodatkowe profity czerpie się ze sprzedaży członków Twojej sieci. Ale, jak praktyka pokazała w przypadku firmy A., nie taki znów “zwykły”, bo panujące w nim zasady i atmosfera rywalizacji między osobami budującymi swoje grupy, bardziej przywodzi jednak na myśl zwykłą harówę na etacie, niż model “sam jesteś swoim szefem”.

W tym momencie chciałabym dokonać swoistego rozrachunku z tą formą prowadzenia biznesu i nieco obalić mit szybkiego zarobku i biznesu dla wszystkich, tym bardziej, że działałam w 2 tego typu firmach, mam więc doświadczenie, porównanie i ogląd sytuacji “od środka”. Oprócz współpracy z A., w której to firmie działam do dziś, zahaczyłam też o firmę H., zajmującą się sprzedażą kosmetyków i suplementów – branża wellness, promowanie zdrowego stylu życia itp. Szczerze, to z okresu współpracy z firmą H. mam same dobre wspomnienia (mimo że w sieci różnych się opinii naczytałam), prowadzili ciekawe szkolenia (mnie szczególnie interesowała u nich gałąź kosmetyczna, nie tyle dietetyka – żaden ze mnie dietetyk, chyba że dla siebie samej ;) ), ludzie byli sympatyczni i siebie wspierali, nie zaobserwowałam wyścigu szczurów. No i ich suplementy faktycznie są dobre i skuteczne (chociaż, co tu dużo kryć – paskudnie drogie) – w ramach odbudowania nadszarpniętego zdrowia po moim pobycie w szpitalu, sprawdziły się w 100% i w zasadzie od tamtego czasu nie miałam żadnych poważnych problemów ze zdrowiem, a i odporność wyraźnie poszła mi w górę – jedno przeziębienie w ciągu roku to dobry wynik ;) Jako, że na dorabianie w ramach działalności w H. mogłam poświęcić niewiele czasu, 2-4h dziennie, toteż i nie miałam jakichś zdumiewających wyników finansowych, ale jednak kilka stów w tygodniu potrafiło mi do kieszeni wpaść i tyle na moje potrzeby wystarczyło. Po pewnym czasie jednak praca kosmetyczki-doradczyni mnie znużyła, zaniechałam więc dalszej działalności. Tym bardziej, że doszły wysokie opłaty za wspólne utrzymanie naszego gabinetu (chyba 150zł miesięcznie od osoby, z tego, co pamiętam), więc w sumie przy moich kilkunastu godzinach tygodniowo, przestało mi się opłacać tam przychodzić i organizować konsultacje. Ale, ogółem – wrażenie H. pozostawiła raczej dobre, z kilkoma nieistotnymi dla odbioru całości zastrzeżeniami.

Do osoby odpowiedzialnej za rozwój sprzedaży firmy A. w okręgu wrocławskim zgłosiłam się sama, z chęcią przystąpienia do programu dla “bardziej ambitnych”. O ile w przypadku bycia konsultantem podpisywana jest umowa-licencja, o tyle w przypadku chęci czerpania zysków ze sprzedaży budowanego zespołu należy albo założyć własną działalność gospodarczą, albo podpisać umowę z firmą pośrednictwa pracy, z którą współpracuje A., co wiąże się z tym, że firma ta zabiera pewien % wypracowanego przez Ciebie obrotu (i to niemały – 1/3 zysku). Wybrałam drugą opcję, nie czułam się bowiem na siłach startować od razu z działalnością gospodarczą – poza tym, zerowa pewność, że mi się powiedzie, wolałam więc spróbować i zobaczyć, czy mi się uda i spodoba.

Na początku byłam bardzo zdeterminowana i osiągałam świetne wyniki. W ciągu pół roku zbudowałam zespół ok. 40 konsultantów, w tym miałam jednego takiego jak ja lidera, który postanowił zbudować swoją sieć. Pracowałam w tym czasie też w jednym z wrocławskich supermarketów na pół etatu, ale zyski z samej mej aktywności w A. starczyły mi na pokrycie podstawowych kosztów życia, rachunków, nawet coś udało mi się odłożyć. W zależności od miesiąca potrafiłam wyciągnąć od 900zł do nawet 2000zł (święta!). To mnie nakręcało jeszcze bardziej. Moja manager była zachwycona (no bo jak ja mam duże korzyści, to ona jeszcze większe), w kolejnych kampaniach sprzedażowych zgarniałam pochwały i nagrody za realizację celów (iPod, ramki elektroniczne, lokówki, prostownice, torby, biżuteria, dyplomy, odznaczenia, premie, zaproszenia na bankiety – normalnie VIP). W pewnym momencie stałam się osobą, która przynosiła najwięcej nowych umów na kolejnych konsultantów (był okres, gdy za każdą nową duszyczkę A. płaciło bonus 50zł) – w listopadzie 2009 było tych umów z mojej strony 14.

Wszystko byłoby pewnie dalej tak piękne, a ja nadal zmotywowana, gdyby nie fatalna moim zdaniem polityka zarządzania w A. Widząc, że trafiła im się osoba doskonale sobie radząca i przynosząca intratne korzyści, postanowili zastosować wobec mnie (i przypuszczam, że ogółem z każdym wyróżniającym się tak robią) strategię “cytrynki” – wycisnąć, ile się da. Gdy w kolejnym miesiącu przyniosłam 9 umów, usłyszałam “Czemu tak mało? Przecież Ciebie stać na więcej”; dla porównania, inni liderzy z okręgu przynosili tych umów po 3-4. Kiedy mój cel sprzedażowy został ledwie osiągnięty (chyba nie muszę mówić, że z kampanii na kampanię poprzeczka szła w górę?), również słyszałam wyrzuty, że mogło być lepiej, itd., itp. Nie lubię takich zagrywek; śmierdzące NLP – tyle, że moja manager nie wiedziała, że ze mnie dusza przewrotna i wywoływaniem poczucia winy u mnie nic nie zyska, a wręcz przyniesie to w moim przypadku skutek odwrotny. I tak się stało – zaczęłam robić na złość i przestałam się wysilać, w końcu i tak nigdy nie byli zadowoleni, to po co się ścierać… Wtedy rozpętała się wojenka. Przerażono się, że mogą mnie stracić, dlatego zaczęto mnie i mój zespół kontrolować. Telefony i SMSy o absurdalnych godzinach, bywało, że kilkanaście razy w ciągu dnia (po 22, czasem koło północy; często koło 6 rano): bo niedługo mamy deadline na katalog, że trzeba podbić sprzedaż, że do piątku wieczór mam wysłać raport, z którymi moimi podopiecznymi się skontaktowałam i NAKŁANIAŁAM do zrobienia zakupów (co, mam je pod ścianą postawić i grozić, że na siłę mają złożyć zamówienie?), zestawienie ogólne, ile osób mi się zadeklarowało, że zrobi zakup i na jaką kwotę (sic!). Paranoja. Gdy zaczęłam wysyłać dla świętego spokoju fikcyjne raporty, które nie odzwierciedlały faktycznej sprzedaży (w końcu połączenia kosztują, nie będę tracić na taką “terrorystyczną” działalność kasy, zwłaszcza, że musiałabym kontaktować się nie z jedną czy trzema osobami, ale z kilkudziesięcioma) zaczęto mnie nagabywać, aby dla większej skuteczności zacząć ODWIEDZAĆ moich konsultantów i z nimi porozmawiać. Olałam, przecież nie będę robić z siebie świadka Jehowy i pukać od drzwi do drzwi, sama zresztą nie lubię, gdy mnie ktoś bez zapowiedzi i niespodzianie nawiedza i truje dupę. Ponadto nie szanowano mojego czasu; potrafiłam dostać telefon we wtorek z rozkazem, by dnia następnego stawić się dajmy na to w Magnolii w południe, bo jest stoisko firmy i promocja i ktoś tam musi być. Nikt nie pytał, czy nie mam w tym czasie przypadkiem zajęć na uczelni czy innych planów. Stanowczo odmawiałam, a gdy mi marudzono i mówiono “i tak ciebie zapiszę, najwyżej się spóźnisz”, najzwyklej w świecie miałam to gdzieś i nie przychodziłam. Miarka się przebrała, gdy manager zaczęła wydzwaniać do osób z MOJEGO zespołu i za moimi plecami je męczyć o składanie regularnych zamówień. Jedna z moich dziewczyn była na tyle przytomna, że zadzwoniła do mnie i się zapytała, co to za baba do niej dzwoni i o co chodzi, moja wściekłość nie miała granic – kazałam swoim ludziom nie odbierać telefonu, gdy widzą ten jeden, konkretny numer na wyświetlaczu… A za współpracę jako lider podziękowałam, chociaż jeszcze przez 3 miesiące mnie męczono, bym przedłużyła umowę na kolejny rok. Wiadomość, że znalazłam sobie coś innego i mnie to już nie interesuje i żeby dano mi spokój, skutecznie ucięła temat.

Swój sukces zbudowałam nie na zmuszaniu i kontrolowaniu, ale właśnie na dawaniu wolnej ręki, zrozumieniu, służeniu radą. Tak samo w stosunku do klientek – kiedy wiedziałam, że jakiś produkt jest bublem, nie promowałam go, otwarcie odradzałam, nie starałam się go “upchać” za wszelką cenę. Zawsze przedstawiałam wady i zalety, dzięki temu stałam się w oczach klientów wiarygodna, a oni obdarzyli mnie zaufaniem. Widocznie mój sposób pracy nie pasuje do atmosfery i wytycznych “organizacji”, która, gdy tak sobie to analizuję, stosuje metody typowe dla sekty.

Podsumowując moje rozważania, doszłam na podstawie własnych doświadczeń do następujących wniosków, których nikt głośno nie powie na spotkaniach rekrutacyjnych do jakiejkolwiek firmy działającej w MLM:

>> MLM nie gwarantuje w żadnym wypadku szybkich zysków i znacznego wzbogacenia się – jeśli ktoś o tym zapewnia, to spokojnie można takie obiecanki między bajki włożyć. Wszystko opiera się na determinacji i ciężkiej pracy danej osoby. Gdy masz wolne 8 godzin tygodniowo i chcesz je przeznaczyć na zajęcie dodatkowe, nie staniesz się w rok milionerem. Mój początkowy sukces w A. zapewniło mi regularne, cotygodniowe wrzucanie ogłoszeń o rekrutacji na kilkadziesiąt portali ogłoszeniowych w internecie + ogłoszeń w prasie (prasowe, jak wiadomo, darmowe nie są), co pożerało mi sporo czasu, do tego naprodukowanie się niezliczonej ilości ulotek i plakacików ze zrywkami (a papier, taśmy klejące i czas na wycinanie tego wszystkiego, a następnie rozwieszenie w mieście – też kosztują – nieraz szykowałam je po nocach, bo tylko wtedy grafik mi pozwalał), zostawianie nadmiarowych katalogów z kontaktem i wkładką o możliwości nawiązania współpracy w różnych przypadkowych miejscach, typu urzędy pocztowe, siłownie, kawiarnie… Bez tych działań nie osiągnie się nic – a trzeba to robić CIĄGLE, by były jakieś efekty, jednorazowe akcje gówno dają. Tak więc może i jesteś swoim własnym szefem – ale tak naprawdę ciągle jesteś w pracy. Chyba nie muszę pisać, jak bardzo nieustanne rozmyślanie o tym, że “muszę mieć nowego konsultanta, w tym tygodniu założyłam sobie X podpisanych umów” potrafi być męczące i eksploatujące?

>> Jak wspomniałam – to nie jest praca dla każdego. Osoby lubiące spontaniczność i brak odgórnych ram działania się tu pogubią, zamęczą. Tak samo osoby mało rozmowne, mało przebojowe, spokojne – rzadko kto potrafi się przełamać i wyrwać z bycia nieśmiałym, stać się w okamgnieniu gadatliwą i pewną siebie osobą – a charyzma i komunikatywność, wiara we własne siły to cechy w MLM niezbędne, by zrobić (i zarobić) w ramach tego biznesu coś sensownego. Śmiem nawet twierdzić, że Ci, którzy w normalnej pracy etatowej są agresywni, lubią być po presją, kochają wyzwania  i wyścig szczurów ich nie przeraża, bo sami dążą po trupach do celu, tutaj odnajdą się bardzo szybko.

>> Wiele firm na start wymaga wykupienia razem z licencją specjalnego pakietu produktów (w przypadku H., koszt 800zł – mnie się zwróciło szybko, ale nie każdemu musi… Z kolei zapis do A. akurat jest darmowy.), bez tego ani rusz.

>> Tyle się mówi o rozbudowywaniu sieci i generowaniu przychodów w postępie geometrycznym, mało jednak kto raczy zwrócić uwagę, że ta sieć nie jest wieczna – że ludzie nie tylko do niej przychodzą, ale też z różnych powodów z niej odchodzą. Z tego też względu tzw. dochód pasywny (kiedy inni “robią” na Ciebie, Twoja sieć generuje zyski bez Twojego udziału) również jest jedynie częściowy, iluzoryczny – bo Ty non-stop musisz dbać o kondycję Twojego zespołu, szukać nowych członków w miejsce starych, którzy Twoją sieć opuścili. W przeciwnym razie, ta sieć się kiedyś skurczy, rozpadnie, a z Twojego “dochodu pasywnego” pozostanie jeno słodkie wspomnienie…

>> Większość ludzi działających w MLM, a już w szczególności osoby dopiero rozpoczynające swoją przygodę z marketingiem wielopoziomowym, “płotki”, a nie “grube ryby”, tj. “dziane ryby” (które znajdują się na samych szczytach sieci), nie ma swojej działalności w żaden sposób prawnie uregulowanej. Wykup licencji nie równa się przecież założeniu działalności gospodarczej, w tym celu trzeba pobiegać samemu po urzędach, by wszystko było cacy i legalnie… Brak odprowadzanych podatków, brak składek ZUS = niepewna przyszłość i rozwiązanie chwilowo satysfakcjonujące (o ile w ogóle ma się faktycznie z niego zyski…).

Tyle moich przemyśleń… Może komuś się one przydadzą, jeśli zastanawia się właśnie nad przystąpieniem do jakiegoś biznesu firmy marketingu wielopoziomowego i nie wie, czy to rozwiązanie stworzone dla niego. Ja wiem, że to raczej nie dla mnie – sprawdziłam się, osiągnęłam sensowne wyniki, ale na dłuższą metę, dosyć – chcę mieć czas dla rodziny, przyjaciół i na inne przyjemności, nie czuć się jak niewolnik produktu i “sieci” ;)

Na zakończenie “humorystyczny” obrazek… Wniosek jeden: nie dajmy się zwariować!

Własne M4

Od kilku miesięcy nawiedza mnie jedna i ta sama wizja senna – nie, że co noc, ale raz na jakiś czas wraca – oto kupiłam mieszkanie i je urządzam. Latam po Castoramie i Leroy Merlin, wybieram i ustawiam meble i dodatki, farby. Sama maluję ściany. I cieszę się jak dziecko, a potem… Budzę się i czar pryska, a żal dupę ściska, że to iluzja tylko, daleki od rzeczywistości majak.

Kiedyś miałam wznioślejsze marzenia, coś powoli schodzę na przysłowiowy “parter”… Cóż poradzę, na Teutatesa! Serio chciałabym mieć już teraz własne cztery kąty.

Nie wiem, czy to kwestia starzenia się i faktu, że wiele rzeczy, które wcześniej były mi obojętne lub nie robiły na mnie najmniejszego wrażenia i nie drażniły, teraz uwierają. Nie tak, by doprowadzały mnie na skraj nerwicy, ale jednak. Swoją obecnie wynajmowaną już od 3 lat kwaterę bardzo lubię, jest jasna, przytulna, korzystnie dla mnie położona, w ulubionej dzielnicy, tylko cholernie drogo właścicielka każe sobie za nią płacić – 38 metrów kwadratowych, dwa pokoje, z czego ten, w którym ja bytuję, połączony jest z kuchnią otwartą na pokój. 460zł za miejsce w pokoju dwuosobowym to niemało, nawet zważywszy fakt, że ceny wynajmu we Wrocu i tak są kosmiczne od dłuższego czasu. Do tego, ile ja w to mieszkanie zainwestowałam? Odkurzacz – mój – mikrofala – moja – połowa naczyń, sztućców i garów – moja, pralka – moja – półka, stolik, szafka nocna – moje. Nawet takie podstawowe pierdoły, jak szczota do sracza, miotła i mop z wiadrem, ja zakupiłam, bo na stanie nie było. Jasna ciasna, przez te wszystkie miesiące zainwestowałam w NIE SWOJE lokum na oko ok. 1500zł. A teraz nawet nie można się u właścicicielki doprosić wymiany materacy w łóżkach, które są wybite ze starości niemiłosiernie (gdy wprowadziłam się tutaj 3 lata temu, już nie były w najlepszej kondycji – dosłownie “góry i doliny”), bo “ojej, to koszty, tapicer drogi” – i że nie może sobie pozwolić na -1000zł w plecy w jednym miesiącu. Ale kto kazałby jej wszystkie łóżka w jednym miesiącu naprawić…? Ja znowu mam na własną rękę i za swoje pieniądze załatwiać podstawowe rzeczy, które należą do obowiązków właściciela???

To w zasadzie główny powód, dla którego chciałabym być już na swoim, ale nie jedyny. Kolejna sprawa, która skłania mnie do tej decyzji, to kwestia współegzystowania. Moje współlokatorki to me bardzo dobre psiapsióły, darzę je ogromną sympatią, ale… No właśnie, ale. Od dłuższego czasu odnoszę wrażenie, że robię nieco za kopciuszka – i ciągnie się to z różnym nasileniem w zasadzie nawet od czasów jeszcze, gdy inna dziewczyna zajmowała pokój-jedynkę. Znów powtarza się sytuacja, że to ja odkurzam, myję podłogi, szoruję łazienkę i kuchnię. Tym razem już 3 raz z rzędu. A nieczęsto sprzątam, co dwa, trzy tygodnie, odkładam ten moment w czasie, bo wciąż się łudzę, że może jednak KTOŚ nareszcie się poczuje do obowiązku (a raczej, konkretnie, jedna osoba). Nigdy nie uważałam się za jakąś megapedantkę, nie latam codziennie ze ściereczką, bo kurz osiadł na meblach, sama potrafię otoczenie wokół siebie w przeciągu kilku minut zamienić w małe pobojowisko, ale jeśli od ostatniego mojego sprzątania mija drugi tydzień i nadal nikomu jakoś nie przeszkadza lepiący się blat w kuchni, śmierdzący zmywak ze stertą naczyń (a kuchnię mam otwartą na mój pokój, bardzo niefajna sprawa), zaplamiona kuchenka, dywanik okruchów na podłodze, ilość kłaków i paprochów na wykładzinie, o które niebawem będzie można się potykać, zapaskudzona umywalka w łazience i oślizgłe, pełne zacieków kafelki przy natrysku, to czy nie mam prawa czuć się w takim mieszkaniu mało komfortowo i przytłamszona?

Kiedyś, jeden raz zrobiłam poważną pogadankę na temat utrzymania porządku na tym niewielkim do ogarnięcia metrażu, a już zupełnie wydawałoby się jest to bułką z masłem, gdy mają go ogarniać aż 3 osoby… Było mi nieswojo, ale odczułam ulgę, jednak sytuacja po X tygodniach wróciła “do normy”. Naprawdę, nie lubię robić za stróża porządku i co chwilę prosić, zrób to, wynieś tamto, czy znajdziesz chwilę, by pozmywać – tak jakbym musiała się dopraszać czegoś tak podstawowego w końcu, gdy się wspólnie mieszka! Tak jakby to normalnie była tylko moja działka, a inni robili mi łaskę, gdy znajdą moment, by chwycić za odkurzacz… Nie jestem niczyim stróżem, niczyją matką, zmęczyłam się i mam ochotę spakować manatki. I nie, nie będę wywieszać kartki z grafikiem “dyżurów”, naprawdę, nie o to w tym chodzi. We własnym mieszkaniu przynajmniej wiem, że ja paskudzę, ja sprzątam – i nie ma nikt do nikogo pretensji.

No i jeszcze argument z facetem… Fajnie by było sobie spokojnie budzić rano bez zastanawiania się, ile teoretycznie zostało nam jeszcze czasu na cieszenie się sobą, nim wnet nie przekręci się klucz w zamku od drzwi ;)

Kiedy te wszystkie tęsknoty i frustracje się we mnie stopniowo nasilały, natrafiłam niespodziewanie na plakat wywieszony w holu Uniwersytetu Ekonomicznego. Wielki napis na nim obwieszcza start specjalnego programu Dom Development SA ”Student na swoim”. Zainteresowało mnie to na tyle, że po powrocie do domu od razu zaczęłam googlować. Co się dowiedziałam:

>> Program jest skierowany, jak sama nazwa wskazuje, do osób ze statusem studenta. W założeniu, połączenie go razem z innym programem rządowym, Rodzina na swoim (który, ciekawostka, zostanie zakończony w przyszłym roku akademickim – więc zasadniczo oferta jest, można powiedzieć, typu “last minute”), gwarantuje wysokość raty kredytu niższą od miesięcznej kwoty wynajmu mieszkania/pokoju.

>> W ramach programu można wykupić mieszkanie w trakcie budowy lub już wykończone z wyposażeniem (co może zostać wliczone w kredyt hipoteczny), więc do własnego M4 można się wprowadzić od razu po załatwieniu wszystkich papierkowych formalności.

>> Student nie musi mieć stałych dochodów, by przystąpić do programu – na początek można włączyć do programu np. rodziców/żonę/męża, którzy w momencie, gdy student osiągnie stabilną sytuacją finansową, bez konsekwencji mogą odstąpić od spłaty kredytu.

Poniżej przykładowa symulacja:

387zł miesięcznie w ramach spłaty kredytu to naprawdę niewiele. Kusi, by się nad tym poważnie zastanowić… Póki się jest studentem.

Ciąg dalszy nastąpi, gdy dowiem się czegoś więcej ;)

« Starsze wpisy

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.